DESZCZOWY KLAUN


Jeszcze dzisiaj, kiedy kończy się przedstawienie....
Kiedy cały cyrk rozbrzmiewa brawami...
Kiedy wszyscy idziemy w pięknej paradzie...
Jeszcze dzisiaj ciągle pamiętam o Nich.

Tego dnia przedstawienie było wyjątkowo udane. Dzieci klaskały z radości widząc, jak gruby siłacz Abramoff wdeptuje moją głowę w trociny. Tatusiowie gryząc lepkie cukierki przyglądali się różowym trykotom woltyżerek, a mamusie zamglonym wzrokiem patrzyły na prestidigitatora.
Najpierw wyszedł połykacz ognia. Jego sztuki zawsze wywoływały okrzyk podziwu wśród publiczności. I trzeba przyznać, były rzeczywiście efektowne. Zawsze po nim wychodziłem ja i Abramoff. Ganialiśmy się jak szaleni wokół areny, a potem dopadał mnie i rzucał mną jak szmacianą lalką, na ziemię. To zawsze budziło największą wesołość wśród dzieci, kobiet i mężczyzn. Nieraz słyszałem, jak ktoś z publiczności krzyczał prostackim barytonem: Dowal mu! Niech ma za swoje!
Zawsze zastanawiało mnie, co takiego zrobiłem tym ludziom, że uważają, że Abramoff powinien mnie zabić?... Może po prostu uosabiam wszystkie ich niepowodzenia?... Może wiedzą, że w życiu są równie śmieszni jak ja na arenie?... A może mają nadzieję, że oni też mogą zmyć z twarzy idiotyczne rumieńce i zdjąć workowate spodnie...

Ona była piękna!
Drobna. Spokojna. Zawsze ubrana na czarno.
Co wieczór zakładała swój kostium, malowała twarz i tańczyła na linie.
Tańczyła tak lekko, wyjątkowo zgrabnie, jakby nie było nic łatwiejszego na świecie. Dzieci milkły wpatrzone w Nią, mamy wzdychały, że same tak nie potrafią i... Nawet tatusiowie łagodnieli pod wpływem uroku tańca na linie.

On był smutnym, poważnym malarzem.
Przychodził codziennie tylko po to, żeby popatrzeć na Nią przez chwilę.
Nigdy nie bił braw, tylko przez chwilę jeszcze siedział skupiony, wyciszony, z przymkniętymi oczami...
Kiedy ja wychodziłem na arenę, On wstawał. Wkładał na głowę kapelusz i wychodził.

Któregoś dnia zapytał Ją, czy może namalować Jej portret.
I pewnie od tego wszystko się zaczęło...
Przychodziła do Jego pracowni. Siadała na krzesełku a On malował. Codziennie upinała wysoko swoje jasne włosy i wkładała pomarańczowy sweter. Bo On najbardziej ją lubił w tym swetrze.
Potem, ale to już bardzo potem, krytycy pisali, że była Jego najlepszą modelką. Że tak doskonale widać emocje ich łączące. Że Jej to pozowanie niewątpliwie sprawiało przyjemność...
Malował ją jeszcze wiele razy. Dziś w prawie każdym muzeum znajdziecie Jej portrety. I na pewno zauważycie, jak z każdym dniem bardziej Go kochała.
I jak On kochał Ją...

Przez całe lato przychodził do cyrku.
Najpierw na widownię, żeby popatrzeć na Jej występ, a potem szedł do Niej.
Zawsze przechodząc obok mnie zadawał to samo pytanie:
- Co słychać, mój drogi Auguście?
- Wszystko w porządku, mój drogi Koko - odpowiadałem.
Zawsze wtedy śmiał się. Kiedyś, kiedy czekał aż Ona się przebierze, opowiadał mi o tym, jak marzył o karierze cyrkowej.
Uczyłem Go drobnych sztuczek. Żonglerki, połykania ognia... Siłacz Abramoff chciał Go nauczyć giąć podkowy. To były dobre, spokojne czasy.
Ona siadała na schodkach swojego wozu, patrzyła na nasze figle i zaśmiewała się do łez.
Spędzaliśmy tak prawie całe dnie. Nawet niedźwiedzica Sonia przepadała za Nim.
Wieczorami Ona przebierała się w suknię pożyczoną od asystentki prestidigitatora. Suknia była trochę za duża, ale za to bardzo elegancka.
Jedyna elegancka suknia w naszym cyrku.
Wieszała w swoim wozie czerwony lampion przywieziony z naszej podróży do Chin i zapraszała Go na kolację. Opowiadała mu wtedy o naszych podróżach, przedstawieniach. O tym, jak bardzo trudne są Jej ćwiczenia. O poprzednim magiku, którego akrobaci przyłapali na oszukiwaniu przy pokerze. Z zemsty połamali mu dłonie i już nigdy nie mógł robić swoich sztuczek. Po kolacji brała gitarę i przy jej akompaniamencie śpiewała mu rzewne rosyjskie piosenki. Siłacz Abramoff wychodził wtedy z naszego wspólnego wozu, żebym nie widział jego łez.
Siadał w ciemnościach, zapalał papierosa i wspominał swoje dzieciństwo spędzone na podwórkach Petersburga.

Tak minęło lato.
Z początkiem jesieni wiadomo było, że każdy z nas musi sobie znaleźć miejsce na zimę. Mieliśmy jechać na południe. Tam dłużej można występować i ludzie chętniej włączają się do zabawy.
A Ona postanowiła zostać z malarzem. Miejsca miał dosyć w swojej pracowni i nie chciał się z Nią rozstawać. A Ona pomyślała, że to przecież doskonała okazja, żeby skończyć z cyrkiem i zacząć normalne, stabilne życie.
Żal nam było, bo wiedzieliśmy, że drugiej takiej tancerki nie znajdziemy nigdzie na świecie.
Poprosiła, żebyśmy za rok przyjechali. Że będzie na nas czekała i wtedy z nami wystąpi.
Ostatnie przedstawienie daliśmy specjalnie dla nich. Po spektaklu piliśmy do rana. A rano... odjechaliśmy.
Ona ze swojego wozu wzięła jedynie ubrania i ten chiński lampion. Nic więcej nie było Jej potrzebne.

Byli bardzo szczęśliwi. On malował Ją codziennie, a Ona z przyjemnością zajmowała się Jego domem. Wieczorami wychodzili do pobliskiej winiarni. Siadali razem z Jego przyjaciółmi, a Ona pokazywała im sztuczki, których nauczyła się od nas. Jaki był dumny, że też potrafi żonglować!
Ich noce były ciepłe i spokojne, a ich poranki czerwone jak wino.
Nadeszło Boże Narodzenie. Dostała od Niego piękną suknię. Już nigdy nie musiała pożyczać prawdziwie eleganckiej sukni od asystentki prestidigitatora. Suknia była biała, zupełnie prosta i ta jej prostota dodawała elegancji.
A On w prezencie od Niej dostał... dzieciątko, które miało się urodzić latem.

Od tej chwili byli jeszcze bardziej szczęśliwi. Jego obrazy sprzedawały się bardzo dobrze i nie myśleli, czy wystarczy im pieniędzy na cokolwiek.
Ona cieszyła się, że znalazła sobie dom. Że nie musi już jeździć zimnym wozem cyrkowym, że nie marznie na nie ogrzewanej arenie i że nie musi już niczym zagłuszać samotności.
On był szczęśliwy, że nie musi już udawać normalnego życia. Że nikt Go nie zmusza, żeby sypiał ze swoimi modelkami. Że już może nie patrzeć na ich zbyt wymalowane twarze i tandetne suknie.
I wszystko toczyłoby się bardzo dobrze, gdyby On któregoś dnia nie zachorował.

Opiekowała się Nim bardzo troskliwie. Kiedy nie miał już sił, żeby chodzić, sama sprzedawała Jego obrazy. Przyprowadziła Mu najlepszych doktorów z miasta, a wieczorami zapraszała przyjaciół. Kiedy już poszli, siadała obok Niego i opowiadała Mu, że koniecznie musi szybko wyzdrowieć, bo lada dzień będzie wiosna, a wiosną ma przyjechać cyrk. Potem będzie lato i przyjdzie na świat ich wymarzone dzieciątko.
Któregoś dnia przyniosła z miasta małego szczeniaka. Nazwali go Tutu i uczyli różnych sztuczek.
Mimo że był już bardzo chory, śmiał się widząc jak Tutu skacze i szczeka, kiedy Ona śpiewa. Śmiał się, że Tutu co wieczór włazi Mu pod kołdrę i zasypia przytulony do obojga.
Ale On chorował coraz bardziej, lekarze nie ukrywali ciężkiego stanu i mówili Jej, że gdyby On... Gdyby wcześniej to...
Ale Ona była dzielna. Wierzyła, że On jeszcze wyzdrowieje. Że jak tylko przyjedzie cyrk to będzie tak jak dawniej, jak rok temu.

Kiedy przyjechaliśmy On był już w szpitalu.
Ja i siłacz Abramoff kupiliśmy pomarańcze i piękne wiosenne kwiaty.

Siedziała przy Jego łóżku. Miała zamyśloną, zmartwioną minę i bezmyślnie głaskała się po wielkim brzuchu. Odwróciła się w naszą stronę i uśmiechnęła.
- Jak to dobrze, że jesteście - powiedziała.
Mówiła jeszcze, że nie mogli się już doczekać, kiedy przyjedziemy. Że jak tylko On poczuje się lepiej zaraz przyjdą na przedstawienie. Że tak bardzo się cieszy, że zdążymy jeszcze obejrzeć nowonarodzone dzieciątko, bo to przecież już niedługo.
Tymczasem On się obudził. Siłacz Abramoff podał Mu pomarańcze i kwiaty.
- Kochanie - powiedział On. - Wstaw te kwiaty do wody, proszę...

Kiedy wróciła z wazonikiem pełnym wody, On już nie żył.
Nie, wcale się wtedy nie rozpłakała. Po prostu zamknęła Mu powieki i lekko Go pocałowała. Jeszcze uspokajała siłacza Abramoffa, który płakał jak małe dziecko. Przytulała go i klepała po plecach mówiąc cicho: już, już... nie trzeba płakać...

Potem wróciła do domu. Szła powoli ciemną klatką schodową i nie było w Niej żadnego uczucia. Weszła do mieszkania i uporządkowała rzeczy po Nim. Nawet się zdziwiła, że może wykonywać te wszystkie czynności, że nie przeraża Jej ta cisza. Nie straszą Jego rzeczy i niedokończony portret...
W wannie nie wytrzymała.
Obejmowała się rękami, żeby samą siebie przytulić, dodać sobie otuchy i móc się spokojnie wypłakać. Woda w wannie dawno już wystygła. Tylko Jej łzy były gorące. Gorące i wielkie jak groch. Mówiła do siebie i nie mogła się uspokoić.
Dzieciątko w brzuchu też płakało...

Rano była spokojna.
Założyła na siebie swoją białą, elegancką suknię i poszła do cyrku.
Weszła do namiotu. Nie było nikogo. Nawet siłacz Abramoff nie ćwiczył.
Tylko ja siedziałem na widowni.
Chodziła dookoła areny niezdecydowana. Wreszcie podeszła do drabinek. Ciężko jej było wspiąć się na linę z wielkim brzuchem, ale weszła. Z trudem utrzymywała równowagę.
Przeszła kilka kroków i mimo ciąży i braku ćwiczeń wyglądała tak lekko i pięknie jak kiedyś. Jakby unosiła się kilka centymetrów nad liną, a nie szła... ale wtedy już jej właściwie...
Przeszła jeszcze kilka kroków, wykonała przepiękny obrót i skoczyła.
Siedziałem na widowni, wszystko widziałem. To nie mógł być wypadek.
Ale to przedstawienie było tak piękne, że zacząłem bić brawo!
Stałem i klaskałem jak oszalały.
Pierwszy przybiegł Abramoff...

Jeśli dzisiaj czegoś mi brakuje to tylko widoku pięknej tancerki na linie i pytania malarza:
- Co słychać, mój drogi Auguście?
- Wszystko w porządku, mój drogi Koko...


Copyright (c)2002 Zuza Gaińska. Ostatnia modyfikacja: 2002.10.03. Kontakt: zuzu@welcometohell.art.pl